Zali kochała już wówczas Wołodyjowskiego? - Nie! W sercu jej nie było miłości, tylko prócz współczucia ciekawość i bałamuctwo, pozorami siostrzeńskiego afektu pokryte

„Nie tędy droga - pomyślał Wołodyjowski. Stado było coraz bliżej. Jeden pan Zagłoba, przy całej swej pobożności, miałby był odwagę protestować, gdyby mu cokolwiek na tym zależało, ale że mu nic nie zależało, więc cicho siedział; owszem, kontent był w duszy, że rzeczy układały się w ten sposób, iż Krzysia usuwała się spomiędzy Wołodyjowskiego a hajduczka. Jacek Pulikowski - Pojadę jeszcze jutro do dnia, ale sam - rzekł - może się czegoś o nich dowiem. Ale między nimi było jeszcze do bólu i goryczy daleko. Tu Ketling umilkł na chwilę: rzekłby kto, że się w rozpamiętywaniu pogrążył. Jest trochę Wołoszy, trocha Węgrzynów, a najwięcej luźnej ordy, razem ze dwieście ludzi. - Wiecie waćpaństwo, cośmy wczoraj robili? I pan Bogusz wytrzeszczywszy oczy jął wodzić nimi po obecnych.

- Frater - rzekł wreszcie - a jak dawno w zakonie? - Piąty rok - odrzekł furtian. Mnie też istotnie ckliwo się czasem czyniło, że to człek na starość jako ćwiek w ścianie. Jakoż za Kitajgrodem wjechali zaraz w duże bory, którymi wówczas tamta strona po większej części była pokryta. Jakośmy tylko na ląd wysiedli, spojrzę na Dydiuka, a u niego już to samo w głowie, co u mnie. Jacek Pulikowski Wówczas on schwycił jej ręce i począł całować z wdzięczności i rozrzewnienia. I skoczyła na górę. „Ot - powiada - dał mi Pan Bóg za moją pracę nagrodę!” Chełpił się też Wołodyjowski (Boże go pociesz) niemało i dworował ze mnie, że tośmy się, widzicie waszmość państwo, o tę pannę czasu swego wadzili i mieliśmy się siekać. Chciałoby się czasem zobaczyć wszystkie owe miejsca, które świadkami naszej chwały były.

Mówiono, że każda partia będzie się starała choćby siłą przeprowadzić swego kandydata. Znajdą się przecie między posłami, którzy mnie poprą. „Ot! koza!" - pomyślał pan Wołodyjowski. On stał przez chwilę nieruchomo, zdumiony lub udający przez grzeczność zdumienie nad Krzysiną pięknością; wreszcie ruszył ode drzwi i spuściwszy kapelusz ku ziemi począł piórami zamiatać podłogę. Dobrze mi między wami! Dalej, gospodarzu, dalej! - Vivat Joannes dux! - zakrzyknęły wszystkie głosy. Jan Grzegorczyk - Cicho no! - rzekł stolnik. Nie śmiałem suponować, żeby sam Pan ze mną gadał, bo jakom już rzekł: nie czułem się godnym, ale mogło być to, że sumienie, które się było czasu wojny przytaiło w duszy jako Tatar w trawach, teraz ozwało się nagle wolę mi boską oznajmując. Po czym wyszedł z izby.

- Ślubów jeszcze nie wykonałeś - spytał wreszcie Zagłoba - i wyjść w każdej chwili możesz? - Nie jestem jeszcze zakonnikiem, bom czekał na łaskę bożą i na to, by wszystkie ziemskie myśli boleśne opuściły duszę moją. Człeka swojego prawem możesz waść dochodzić i do inkwizycji hetmańskiej się udać, ale rozkazuję tutaj ja, nikt inny! Pan Nowowiejski pomiarkował się zaraz, wspomniawszy, że mówi nie tylko do komendanta, ale i do zwierzchnika własnego syna, a przy tym najsławniejszego w Rzeczypospolitej rycerza. - Jako i tobie byłem, pamiętasz? Bylem go tylko prędko znalazł, bo się boję, że się w jakowejś pustelni przytai albo gdzie w dalekich stepach zapadnie, do których od młodu nawykł. Wjechawszy na rynek ujrzał dwór tak znaczny i piękny, jakiego dotąd po drodze nie spotkał: dworzanie w szumnej barwie; pół regimentu jeno piechoty, bo na konwokację zbrojno nie jeżdżono, ale tak strojnej, że i król szwedzki strojniejszej gwardii nie miał; pełno karet pozłocistych, wozów z makatami i kobiercami dla obijania karczem po drogach, wozów z kredensem i zapasami żywności; przy tym służba cała niemal cudzoziemska, tak że mało kto się zrozumiałym językiem w tej ciżbie odezwał. Bogata kobieta Przybrany rodzic mój zmarł i tamże mi majętność drugą zostawił. Po niejakim czasie nawrócił pan Michał do domu i niewiele już mówili przez drogę, tylko w samym kołowrocie spytał jeszcze mały rycerz: - A po wczorajszym.... - Co tu innych dowodów szukać! - rzekł Nowowiejski. - Szukałem wszędzie! Pan Krzycki mówił, że widział ich z Ketlingiem! Pewno się bili! - Michał jest - odpowiedziała pani stolnikowa - przywiózł Ketlinga i oddał mu Krzysię! Słup soli, w który żona Lota została zamieniona, pewnie mniej osłupiałą miał minę niż w tej chwili pan Zagłoba.

Młody rycerz nie namyślał się; siadł na koń i pojechał. Zresztą całe towarzystwo chodziło ciągle razem. Mały rycerz bardzo był już ośmielony do panny Krzysi, a ona, widocznie przez dobroć serca, zajmowała się nim i jego smutkiem tak, jak lekarz zajmuje się chorym. ks. Piotr Pawlukiewicz - Zali ja mogę odgadnąć, co mnie tam czeka, gdzie jadę - odrzekł Ketling - jakie sprawy i jakie przygody?... Przeważali w nich zawsze tatarscy zbiegowie z ordy dobrudzkiej i białogrodzkiej, dziksi jeszcze i mężniejsi od swych krymskich pobratymców, ale nie brakło też i Wołochów, i kozactwa, i Węgrzynów, i czeladzi polskiej, zbiegłej ze stanic nad brzegiem Dniestru leżących. - Niedoczekanie twoje! tfu! tfu! na psa urok. Przede wszystkim jednak postanowiła widzieć się z Ketlingiem i rozmówić się z nim po raz ostatni, aby go od wszelakiej przygody zasłonić. Po czym Basia zwróciła się do męża, do pana Zagłoby i innych oficerów.

- Już tu wiedzą, ktom jest - rzekł wreszcie Tuhaj-bejowicz. - Nie masz tu życia, bo nie masz spraw ziemskich, i zanim dusza ciało opuści, już jakoby na innym świecie żywie. Że cię Ketling pokochał, nie dziwota! Kto by cię nie pokochał?! A żeś ty jego pokochała, to taki już mój los, ale dziwić się także nie ma czemu, bo gdzie mnie tam do Ketlinga! W polu, niech on sam powie, przeciem nie gorszy; wszelako to co innego, a to co innego!... Twarz dziewczyny była biała jak płótno, aż lekki meszek nad jej ustami wydał się ciemniejszy niż zwykle; pierś jej wznosiła się i opadała gwałtnie, lecz Wołodyjowski wziął łagodnie jej rękę i do ust przycisnął; po czym ruszał czas jakiś wąsikami, jakby zbierając myśli, na koniec ozwał się z wielkim smutkiem, ale i z wielkim spokojem: - Moja mościa panno albo lepiej: moja Krzysiu kochana! Wysłuchaj mnie bez trwogi, bom też nie jakowyś Scyta ani Tatarzyn, ani dzik, jeno przyjaciel, który chociaż sam nie bardzo szczęśliwy, przecie twojego szczęścia pragnie. Poczuwając ja się tedy do krwi tak zacnej, z wielką abominacją patrzyłem na owego Dydiuka. Podejmowali tam oni huczno i dworno pana Zagłobę, któren na trudy podróży ni na wiek swój niezwykły nie bacząc, przybył do nich w odwiedziny, spełniając solenne przyrzeczenie na ślubie państwa Wołodyjowskich dane. Wołodyjowski porwał omdlałą żonę na ręce, inni skoczyli po wodę, której w pobliżu nie było. - Pryncypalnie mi się ów hajduczek udał.


||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||