Tymczasem u nas przywilej święta rzecz- i kto szlachcicem zostanie, temu sam król nie może nic odjąć

Kilka lat w tamtych stronach wojował mając zaledwie sposobną porę list od czasu do czasu do utęsknionej panienki posłać, żyjąc w ogniu, w niewypowiedzianych trudach i pracy. - Panie komendancie - rzekł Nowowiejski - to znaczy, com rzekł: to jest mój człowiek imieniem Azja - i zbieg. Nawet i hajduczkowi musiało to przychodzić do głowy, bo się chwilami zamyślał, aż mu czupryna całkiem na oczy spadała. John Eldredge Ogarnął go wstyd i gorzkie począł sobie czynić wyrzuty, że nie tamtę kochaną, zmarłą, przed sobą widział, nie tamtej miał pełne oczy, serce, duszę, ale tej, żyjącej. - Choćby to miasto było i dziesięć razy większe, niż jest - rzekł wreszcie - jeszcze byście waćpanny najcelniejszy jego mogły stanowić ornament. - Wedle rozkazu, tamci wyłapani.

Jadąc do Warszawy, w której nigdy przedtem nie była, wyobrażała sobie, że będzie wcale inaczej. Wszelako dla Michała i dla hajduczka i to na sobie przeniosę, bo oboje czyste złoto. bardzo. Ani chwili nie mogła stawić oporu tej sile, tak nielitościwie nagłej. Rzeczpospolita kłamców Pan Zagłoba cały dzień uspokoić się nie mógł i nad stawem wciąż płakał tak rzewnie, że jak sam później powiadał: aż staw wezbrał i stawidła trzeba było otwierać. Jakoż książę zawrzał jeszcze bardziej, ale i stropił się niemało, usłyszawszy, że mu na wstręcie staje mąż tak popularny, na którego strach było się porywać.

Uściskajże mnie jeszcze czy co! Basia rada by była cały świat uściskać, więc natychmiast uczyniła zadość życzeniu pana Zagłoby i jechali dalej w wybornych humorach. - Na to my tu i potrzebni, żeby był miecz nad szyją kozacką zawieszony. Wypłakawszy przy nim resztę łez ruszył dalej, a pod wpływem świeżych wspomnień przychodziło mu do głowy, że jednak te tajemnicze zrękowiny z Krzysią były za wczesne. „Kwiatuszku najdroższy! - pomyślał sobie w duszy - czego się boisz? Toż ja bym życie i krew oddał za ciebie...” Ale nie powiedział tego głośno, tylko swoje spiczaste wąsiki przyciskał tak długo i silnie do jej rąk atłasowych, że aż ślady czerwone na nich zostawił. Do brzasku było już niedaleko, ale tymczasem uczyniło się ciemniej, bo księżyc zaszedł. Mnie też do panny prowadzał i groził śmiejąc się, że usiecze, gdybym ją rozamorował...

Ujrzeli go odjeżdżającego stolnikostwo, a także pan Zagłoba, i niepokój ogarnął wszystkie serca, więc pytali się wzajemnie oczyma, co się stało i dokąd jedzie? - Boże wielki! - zawołała pani stolnikowa - jeszcze gdzie na Dzikie Pola ruszy i nie ujrzę go więcej w życiu! - Albo w klasztorze za przykładem tamtej błaźnicy się zamknie! - rzekł zdesperowany pan Zagłoba. Basia jednak ciążyła mu na rękach, więc przycisnął ją z całej mocy do piersi, potem zbladłymi wargami począł całować raz po raz jej oczy, potem przywarł ustami do jej ust, jakby duszę z niej wypić pragnął, wreszcie świat cały zakręcił się z nim szalonym wirem, zatajona na dnie piersi, jak smok w jaskini, namiętność porwała go jak burza. Cały ten dzień był dniem cięższego jeszcze niepokoju. Gdy więc gospodarz przez próg go przepuściwszy pytał następnie: ”kogoż mam honor?” - on się tylko w boki brał i pewien efektu odpowiadał dwoma słowami: - Zagłoba sum! Jakoż nie zdarzyło się nigdy, aby po owych dwóch słowach nie nastąpiło wielkie ramion otwieranie, okrzyki: ”do najfortunniejszych dni ten zapiszę!”, i nawoływania towarzyszów albo dworzan: ”patrzcie! ów jest wzór, gloria et decus wszystkiego Rzeczypospolitej kawalerstwa!” Zbiegali się tedy podziwiać pana Zagłobę, a młodsi przychodzili całować poły jego podróżnego żupana. On nic nie odrzekł, tylko przycisnął do ust jej rękę, a potem pochylił się i objął z pokorą jej stopy, jak chłop. Serce biło mu mocno na myśl, jak go przyjmie pan Wołodyjowski, i sam też, choć sobie ułożył z góry, co mu powie, poznał, że dużo zależało od przyjęcia, jakiego dozna.

To rzekłszy począł ją raz po razu całować w usta. Że go Lipkowie nasi nad miarę miłują i ślepo słuchają, to sobie męstwem jego i sławnymi akcjami tłumaczyłem, ale i oni pono nie wiedzą, skąd on jest i co za jeden. Kiedy jedziesz?... - Toż to mnie i trapi, bo ja myślałem: nie jedna, to druga. - Żeby to twój mąż był jakowyś domator - mówił Zagłoba - prędko by mu z taką żoną broda posiwiała, ale ja wiedziałem, komu mam cię oddać. A ten sygnecik, gdyby się na pamiątkę naszego colloquium przygodził...

Wówczas, sam nie wiedział jak i kiedy, usta jego obsunęły się jej na czoło i całowały je jeszcze goręcej; potem zasię obsunęły się na jej spłakane oczy i świat zakręcił się z nim zupełnie; potem uczuł ów puszek delikatniuchny nad jej ustami; potem usta ich połączyły się i przycisnęły do siebie długo i z całej mocy. Pod Mellechowiczem, jadącym na czele Lipków, związał się koń na pochyłości jaru i zwalił się na dno kamieniste nie bez szwanku dla jeźdźca, który tak silnie rozciął sobie sam wierzch głowy, że aż przytomność na czas pewien go odbiegła. Napisałem to właśnie do Skrzetuskich. Jać nie umiem nawet powiedzieć, jak mi boleśno... Usłyszysz waść o mnie, jako Bóg na niebie! - A cóż tamci? co Kryczyński? wrócą? nie wrócą? Co teraz czynią? - Po sieheniach stoją: jedni w Udrzyjskim Stepie, inni dalej. niechby się taki znalazł! wolałbym!...

Był jeden taki, największy, najzasłużeńszy, twój, zacny rycerzu, przyjaciel, ten, który w sławie jak w słońcu chodził... Po czym już weselszy i spokojniejszy zeszedł na śniadanie. - Mellechowicz, co ty na to? - spytał Wołodyjowski. Inaczej ja bym przysłał; ale ścielę się do stóp, bo tam już koniec niedługo będzie, i trzeba mi się spieszyć. Żołnierze pogasili teraz łuczywo, natomiast każdy ściągnął z ramienia to muszkiet, to piszczel, to guldynkę i nuż grzmieć na powitanie pani. W skroniach mnie łupie, jakobym się upił...

Jeszcze on nam tu wszystkim sadła za skórę zaleje! - Co waść mówisz! - rzekł Muszalski. wiesz!... - Panie komendancie! - rzekł do Wołodyjowskiego Mellechowicz. A że, dziękować Bogu, imię moje ma dość miru u współbraci, więc mnie tu pewnie ściągnie. Więc pan Michał przeczytał jej raz jeszcze list hetmański, ona zaś, wysłuchawszy go uważnie, z zapałem natychmist poparła hetmańskie i pani Boskiej prośby. A tu jakoby wiatr morski urazę z serca zwiewał...


||||||||||||||||||||||